Wyprawa 0
Pierwsze zimowe szczyty
Pierwsza górska wyprawa, która zaraziła mnie górskim hobby. Wyjazd ze znajomymi z uczelni w Witowie.
- Grześ
- Rakoń
Wyjście 0
Grześ i Rakoń
13.02.2026

To była moja pierwsza górska przygoda, która zaraziła mnie górskim hobby. Byłem na wyjeździe ze znajomymi z uczelni w Witowie i pierwszy raz w życiu zamiast zimowego snowboardu wybrałem pieszą wędrówkę. Wstępny plan zakładał przejście z Siwej Polany Doliną Chochołowską do schroniska na Polanie Chochołowskiej. Taki plan zrealizowaliśmy sprawnie liczną grupą. Trasa była przeważnie płaska, mokra i błotnista z uwagi na topniejący śnieg. Jedyne wyzwanie jakie przede mną stawiała to liczne kilometry, które udało się szybko pokonać zabijając czas licznymi rozmowami. Po dojściu do schroniska, uzupełnieniu spalonych kalorii i odzyskaniu ciepła nasza grupa się przeorganizowała. Podzieliliśmy się na dwie ekipy - bardziej i mniej ambitną, zdecydowałem się dołączyć do tej pierwszej. Po pożyczeniu pary raczków znalazłem się na szlaku na Grzesia. Był to mój pierwszy raz z żelastwem pod butami, dlatego emocje związane z nowymi doświadczeniami sprawiły, że z początku nie odczuwałem trudu podejścia. Pierwsze schody pojawiły się dopiero po wejściu do lasu po około pół godzinie marszu. Tam spotkaliśmy grupę studentów z zaprzyjaźnionego SKŻetu i razem kontynuowaliśmy wejście na szczyt. Po wyjściu z lasu i końcowym odcinku szlaku na mój pierwszy tatrzański wierzchołek powitała nas stosunkowo klarowna panorama Tatr Zachodnich.

Było słonecznie, szczyty oświetlone, chociaż daleko na stronie słowackiej widać było granatowe niebo. Padła propozycja kontynuacji wędrówki na Rakoń, który wydawał się być bardzo blisko, a graniowy szlak prowadzący na niego wyglądał zachęcająco. Dodatkowo z Rakonia można było zejść zielonym szlakiem pod Wołowcem prowadzącym wprost do schroniska. Alternatywą był powrót tą samą trasą, którą weszliśmy, dlatego argumenty za kolejnym szczytem wygrały. Droga okazała się być jednak dłuższa i znacznie bardziej stroma niż się spodziewałem, sytuacji nie poprawiał fakt, że granatowe chmury zaczęły pojawiać się za naszymi plecami.

Na piętnaście minut przed szczytem zerwał się bardzo silny wiatr.
Do tego spotkała nas chmura, która w zasadzie zlewała się ze śniegiem przykrywającym grań.
Po drodze spotkaliśmy kilkoro turystów, którzy po spojrzeniu na nasz ekwipunek odradzili nam zejście wspomnianym zielonym szlakiem. Podobno był on zbyt stromy i nieprzetarty - sugerowali pokonywanie go w rakach. Z trudem, małymi kroczkami, walcząc z wiatrem, stromizną, oblepionymi raczkami i kłującymi biodrami wszedłem na Rakoń.

Wiatr na odkrytym szczycie był lodowaty i bardzo silny. Prowiant — bułki i snickersy, były twarde jak skała i zjedzenie ich było samo w sobie wyzwaniem. Było nas czworo — Magda, Mateusz, Paweł i ja. Aby osłonić się przed wiatrem, ułatwić sobie jedzenie i picie oraz omówić dalszy przebieg trasy stworzyliśmy ciasny krąg, który porównaliśmy do kolinii pingwinów. Zapadła decyzja — zawracamy. .
Argument, który przekonał mnie do wejścia na Rakoń teraz był przygnębiający. Musiałem i tak wrócić tą samą trasą, ale za to znacznie dłuższą i bardziej wymagającą, niż gdybym zdecydował się wycofać na Grzesiu. Powrót przepełniony był bardzo bolącymi biodrami oraz potem. Trzy warstwy i gruba puchowa kurtka zdecydowanie były nadmiarowym ubiorem.

Magda na zejściu miała najlepsze tempo i daleko nam uciekła, a nasza trójka walczyła z chłodem i stromizną na podejściu na Grzesia. Pożyczyłem Pawłowi swoje grube rękawice, ponieważ prawie stracił czucie w palcach, a ja mogłem swoje dłonie schować w długich rękawach kurtki. Dogoniwszy Magdę po drodze z Grzesia do schroniska zaczęło się ściemniać. W PTTK pojawiliśmy się na chwilę przed zmrokiem i niedecydując się na postój ruszyliśmy Doliną Chochołowską. Droga niesamowicie się dłużyła, każdy zakręt wydawał się być tym ostatnim przed parkingiem. Niestety, regularnie byliśmy w błędzie. Na trasie minął nas jeszcze konwój dorożek z pochodniami - wielu turystów wybrało się na nocną przejażdżkę doliną w mrocznym klimacie. Dyszące na mrozie konie w blasku pochodni wyglądały mitycznie.

Udało nam się wrócić. Byliśmy wyczerpani i w pełni zadowoliliśmy się najbliższą pizzą u wylotu Siwej Polany.

Miks emocji, wyczerpania, zadowolenia i dumy sprawił, że zakochałem się w górach.
Trasa
Wyjście 1
Schronisko na Hali Ornak
14.02.2026
Poprzedniego dnia zdobyłem Grzesia i Rakonia, dzisiaj doskwierało mi zmęczenie, bóle mięśni i sztywne nogi. Mateusz miał się gorzej - wczoraj zdarł piętę do krwi, a opatrunki i skarpety założone wieczorem przez noc przesiąkły mu nią zupełnie. Mimo to zdecydowaliśmy się na spacer Doliną Kościeliską do schroniska na Hali Ornak. Przy wyjściu z Kir znowu podzieliliśmy się na dwie grupy - tym razem zdecydowałem się dołączyć do tej drugiej - mniej ambitnej. Postanowiłem towarzyszyć Mateuszowi w jego powolnej opaczonej bólem pięt wędrówce. Być może dzięki wolniejszemu tempu, zielony szlak Doliną Kościeliską wydał mi się dużo bardziej interesujący od wschodniego odpowiednika z poprzedniego dnia. Miałem czas podziwiać okoliczne skaliste ściany i ukryte w nich jaskinie.

Z grupą ambitną spotkałem się w schronisku, gdzie planowali atak na Ornak. Byłem w stanie się przełamać i do nich dołączyć, co więcej bardzo mnie to kusiło. Jednak z uwagi na towarzyszenie Mateuszowi i świadomość zmęczenia ciała zrezygnowałem. Powrót do Kir okazał się spokojny i szybki.
Trasa
Wyjście 2
Przysłop Miętusi
15.02.2026
Był to dzień powrotu. Cała grupa zdecydowała się wejść na Przysłop Miętusi z Gronika. Zdążyłem już zregenerować się po wyrypie z piątku, więc szło się szybko i sprawnie. Niestety Przysłop Miętusi przywitał nas mgłą i widocznością na około 100 metrów, więc o widokach mogliśmy zapomnieć.

Wtedy specjalnie mnie to nie ruszyło, bo nie wiedziałem jaką panoramę tracę. Następnie poszliśmy do Doliny Małej Łąki. Na górce w dolinie i podczas powrotu, wykorzystaliśmy worki na śmieci jako jabłuszka i tam gdzie się dało napędzaliśmy się i zjeżdżaliśmy.
Wyjście skończyliśmy w Groniku.
Trasa